
Kuchnia staropolska czerpała z obyczajów narodów, które żyły w granicach dawnej Polski. To nie tylko kuchnia magnacka, ale również szlachecka, chłopska i mieszczańska. Przez lata wszystkie te elementy splotły się w "polski styl kulinarny". Na polski obyczaj kulinarny złożyły się zarówno bujny temperament narodowy, jak i przysłowiowa gościnność, szczodrość oraz przywiązanie i szacunek dla tradycji. Kuchmistrzowie korzystali też z obfitości dzikiej zwierzyny i ptactwa, nie mówiąc o aromatycznych grzybach i jagodach. Polski chleb, kasze i miody to do dziś nasza duma.
Warto też przypomnieć nasze desery, zwłaszcza pierniki i baby…
Baby wielkanocne są chlubą staropolskiej kuchni i jednym z niewielu naprawdę rdzennie polskich specjałów. Gdy wyjdą, są nieprawdopodobnie pyszne, ale gdy nie – wróżyło to nieszczęście na cały następny rok… Zapewne dlatego pieczeniu bab w tradycyjnej kuchni towarzyszy cały, skomplikowany ceremoniał, trącący wręcz o magię. A wszystko zaczynało się od wyrzucenia mężczyzn z domu…
Prawie każda szanująca się kucharka czy pani domu miała swój sekretny przepis na babę. Bywały przeróżne: biszkoptowe, piaskowe, drożdżowe z bakaliami i bez, i jeszcze całe mnóstwo takich, o których pamięć już dziś zaginęła.
Im zamożniejszy dom, tym więcej bab powinno było się znaleźć na wielkanocnym stole, pieczono więc je na tuziny. Najpierw skrzętnie szykowano świeże drożdże, przyprawy i korzenie, które osobiście wybierała pani domu, oraz najważniejszy składnik – jaja. Na jedną babę potrzeba było czasem aż 60 sztuk!
I zaczynało się wielkie kręcenie lub ucieranie ciast.
Gdy ciasto przygotowane według wszelkich zasad sztuki trafiało do pieca,
kucharka musiała pilnować, by zbyt mocny
ogień nie
spiekł baby zbytnio i by nie zrobił się zakalec. Udana baba musiała być też idealnie równo wyrośnięta ze wszystkich stron.
Gdy nadchodził moment wyjmowania bab z pieca – wszyscy wstrzymywali dech w piersiach. Gdy z czeluści pieca ukazywała się pulchna i leciutka, pięknie wyrośnięta baba, szybko sadzano ją na najbardziej miękkich poduchach i piernatach, by nie opadła stygnąc. Jeśli jednak wyszła nieudana – był to straszny wstyd dla kucharki, no i zapowiedź nieszczęścia w przyszłym roku. Mawiano, że spalona baba wróży wojnę, a niewyrośnięta czy z zakalcem – choroby w rodzinie i nawet śmierć.
Nawet poeci nie oparli się wdziękom wielkanocnych bab. Słowacki pisał o świątecznym stole Radziwiłłów: "Nie lasy tam, ale baby podobne skałom nosiły na głowach z migdałowych murów grody i fortece; coś nawet podobnego Jerozolimie było, albowiem wśród cukrowych domów ukryte ananasy koronami szarymi naśladowały palmowe drzewa, a w bramach zaś figurki cukrowe w szmelcowanych pancerzach i z krzyżami czerwonymi na piersiach, jako jerozolimscy rycerze za czasów Godfreda, stali na straży".
Urodzony i wychowany w okolicach Świtezi znakomity fotograf Jan Bułhak (1876-1950) w swoich pamiętnikach rozpisywał się – i to niezwykle sugestywnie – o bogactwie kresowej kuchni. Czołowe miejsce zajmowały w niej wielkanocne baby. Ach, te baby „szafranowe, waniliowe, chlebowe i petynetowe, wymagające niewiarygodnej ilości żółtek wraz z plackami drożdżowymi, sterczącymi tak prowokacyjnie, ze same ręce wyciągają się, by je wydłubywać i zjadać cichaczem”.
I oby jak najwięcej takich właśnie bab znalazło się na Waszych stołach…
Jarmark odbędzie się już po raz czwarty. Aby przypomnieć młodemu pokoleniu mu oryginalnego charakteru, chcielibyśmy opatrzyć go specjalnym logo, wykonanym przez młodego mieszkańca powiatu łobeskiego.